Tydzień temu w niedzielę spotkałam się z kolegą z klasy. Od 1984r. mieszka, pracuje i ma rodzinę w Kanadzie. Przyjeżdżał do Polski już kilkakrotnie, ale nie widzieliśmy się, bo kontakt nam się urwał właśnie od tamtej pory (konsekwencje stanu wojennego).
Pojechałam na to spotkanie do Częstochowy pociągiem. I wyobraź sobie nie sprawdziłam rozkładu jazdy na powrót. Z Krzyśkiem przegadaliśmy kilka godzin, po czym na dworcu w Częstochowie okazało się, że ostatni pociąg do Katowic odjechał o 21.30 czyli pół godziny przed naszym przyjściem. O autobusach - to zapomnij. W efekcie z Częstochowy wyjechałam pierwszym pociągiem ok. 3-ciej nad ranem (mieliśmy jeszcze kilka dodatkowych godzin na pogaduszki). Po drodze do Katowic była jakaś awaria trakcji PKP. Summa summarum do domu wpadłam o 6-tej nad ranem, tylko po to, żeby wziąć prysznic, przebrać się i o 7.15 biec do pracy. Ale zdążyłam jeszcze zabrać bukiet kwiatów, który dostałam od Krzyśka.
Teraz sobie wyobraź - po nieprzespanej noc w pracy. Ale w sumie było warto, czasami możemy sobie przypomnieć, jak to było w młodości, kiedy po imprezowej nocy biegliśmy do pracy
